sobota, 14 lutego 2009

szatańskie walentynki...

no i już połowa lutego... już 14... Walentynki... paskudne amerykańskie pseudo-święto nastawione na komercje, sprzedaż byle czego i byle komu... niby cel szlachetny bo przecież w imię miłości a tak na prawdę... wielka ściema, kicz i bzdura bo przecież jak się kocha to nie potrzeba ustanawiać żadnych specjalnych świąt ani okazji do tego żeby to sobie okazywać a jednak... coś w tym jest... może ci, o których często zapominamy przyślą nam smska z Walentynką? może ci o których pamiętamy uśmiechną widząc Walentynkę od nas? a może to kolejna okazja by zastanowić sie kogo tak na prawdę kochamy i dlaczego?
ja mam kilka osób na swojej liście do kochania... są tam moi synowie (kocham ich bo są moimi synami), jest mama... bo jest moją mamą, jest siostra bo... wiadomo mam ją jedną więc kocham... jest mój Skarbek Niedźwiadek najukochańszy na świecie którego baaardzo kocham bo... bo jest taki jaki jest i jest wart kochania, i jest... no cholera jest na tej liście mój exio... nie potrafię pozbyć się tego uczucia... a może tak do końca nie chcę? oczywiście jemu nie wysyłam Walentynek bo... bo nie i już! w końcu jest moim exiem i nie powinien dostawać Walentynek od mnie... ale czasem mam ochotę wysłać mu coś... tylko wtedy rodzą się we mnie takie dwa oblicza... jedno z psią, poddańczą wieczną miłością, wybaczająca wszystko, siedzącą sobie cichutko w kąciku i czekającą na pozytywny gest... za to drugie... hehehe... to drugie znacznie bardziej mi się podoba... jest szatańsko wyrafinowane w swojej wredocie... mściwe i pamiętliwe, kwaśne i obżydliwie
zazdrosne...
tak więc to pierwsze anielskie pewnie napisało by tak:

"niestety nie mój Misiaku... życzę ci spełnienia wszystkich najskrytszych marzeń, dużo zdrówka, żeby Twoje serduszko nie szwankowało, pomyślności, żeby wszystko czego dotkniesz sprawiało ci radość, niech Ci przez całe życie towarzyszy słonko i ciepły pomyślny wiatr, niech interesy idą Ci jak po maśle, życzę ci wielkiej miłości i poczucia że jesteś kochany i potrzebny... i żebyś nigdy nie był samotny... już nie Twoja Walentynka"

bleeee... ale miód! aż mdli...


za to moje drugie JA napisało by z pewnością tak:

"hello Misiek! w tym pięknym dniu chcę ci złożyć życzenia... ponieważ już nie jestem twoją walentynką nie muszę życzyć ci wszystkiego najlepszego... mogę natomiast życzyć ci żeby ci życie szło jak po grudzie, żeby wszystko czego tkniesz swoimi łapami rozpadało się w pył, żeby ta twoja pinda kopnęła cię w dupę tak mocno że poczułbyś jak to jest być kopniętym w sam czubek głowy... i życzę ci żeby dała ci popalić w czasie kiedy najmniej się tego spodziewasz, żeby zatruła ci życie i wycyckała do zera śmiejąc ci się w twarz... żebyś poczuł jak to jest być tak bardzo zdradzonym, skrzywdzonym i niepotrzebnym nikomu jak to uczyniłeś mnie kilka lat temu... życzę ci tego z całego mojego poturbowanego lecz silnego wolą zemsty serca... na twoje nieszczęście już nie twoja Walentynka! bye!"

buhahaha.... niezła jestem...

ale tak na prawdę... pewnie nigdy mu tego nie powiem anie nie napisze bo... bo z jednej strony nadal cierpię gdzieś w głębi serca ale z drugiej nadal darzę go wielkim dozgonnym uczuciem ( na dnie mojego serca wykopał sobie małą norkę i zaszył się tam na zawsze) ... w końcu nie często spotyka się człowieka z którym spędza się "większe" pół życia... a tak poza tym... niech mu się wiedzie! a co mi tam! w końcu jak jemu będzie się powodziło to i ja nie będę miała powodów do ścigania go o alimenty... daj mu Boże... niech ma...
oj durna jestem... durna... ludzie czasem patrzą na mnie jak na zjawisko nadprzyrodzone i mówią "ty głupia jesteś czy jak? co ty jeszcze do niego czujesz? zrobił ci krzywdę więc go znienawidź!" a ja nie umiem... bo przecież były też dobre dni... piękne chwile, cudowne wydarzenia... mamy dwoje dzieci i mnóstwo wspaniałych wspomnień... nie można ich wykreślić z naszego wspólnego życia, nie da się... no, chyba że ktoś mam pamięć selektywną i pamięta tylko te złe... ale ja chyba nie... i tak sobie czasem myślę że ja chyba nie jestem normalna... ale przecież nie kocha się za coś... kocha się mimo wszystko...


dobranoc :o)

czwartek, 5 lutego 2009

prawie jak Violetta...

od czasu kiedy skończyłam 12 lat i moje włosy zmieniły się w stóg siana wiele osób mówiło mi że wyglądam jak Violetta Villas... (baaardzo śmieszne)... ja osobiście nienawidziłam swojej "szopy" do tego stopnia że czasem spinając je z uporem maniaka miałam więcej żelastwa na głowie (spinek, wsuwek i zapinek) niż owych włosów... obcinałam, upinałam, zapuszczałam i ... nic... nic nie pomagało, do zdjęcia na świadectwo ukończenia szkoły podstawowej poszłam do fotografa z mokrą głową bo inaczej nie zmieściła bym się w kadrze... he he... to nie żart... o proszę... to ja


ze słynnej Violetty miałam też totalne zamiłowanie do muzyki, śpiewu, opery itp... śpiewałam w chórze szkolnym, chórku kościelnym, zespole "Przymorzanki", męczyłam gitarę kolegi i uszy rodziców... no i z tego wszystkiego... nic nie wyszło... no cóż... czasem tak bywa, próbujemy znaleźć swoją drogę w życiu, rozwijać swoje pasje nie zawsze "trafione" ale jedno co rozwinęło się we mnie nader intensywnie to... miłość do kotów...
śmieją się ze mnie w pracy że jestem jak Violetta... nie dość że kudłata to jeszcze kociara... hehe...
a właśnie że tak! właśnie kociara... od wczoraj mam w domu nową lokatorkę, koteczkę, ma na imię Shine (błyskotka) i jest śliczna... taka wiskasowa... troche dzika ale myślę że moje dziewczynki szybko ją zaadoptują i bedzie jej u nas dobrze...
a moje włosy... szaleja i żyją własnym życiem... mają fazy jak kasiężyc... od stresu do stresu... raz są pokręcone jak murzyńskie loki a raz wiszą bez ładu i składu jak snopki siana...
jakoś nie bardzo idzie mi dzisiaj pisanie więc kończę tym optymistycznym akcentem... uśmiecham się spod mojej szopy...
dobranoc